Opłynąć Cape Horn – marzenie żeglarzy?

Od czasu do czasu  czytam o  wielkim wyczynie opłynięcia Cape Horn przez kolejnego dzielnego polskiego żeglarza.  Mówiąc szczerze zaczynają mnie te wyczyny śmieszyć.

Którędy na Cape Horn?

No bo czy to jest dalej wielki wyczyn, jeśli tylko w ciągu ostatniego roku  37  osób  dołączyło do Bractwa Kaphornowców, czyli – cytuję za stroną www Bractwa -” ludzi, którzy dokonali największego wyczynu, dokonali wszystkiego, co można osiągnąć w żeglarstwie morskim”?  A  kilka razy więcej  żeglarzy po prostu nie aspiruje do bycia członkiem takiego społeczeństwa. Liczba osób na świecie opływających Horn statkami czy jachtami to już pewnie tysiące w skali roku.

Mimo faktu, że pokonałam podobną  trasę  do tej, co ostatnich kilkudziesięciu  Polaków  już 7 lat temu – uważam,  że Hornu nie opłynęłam. Ja ciągle żyję w świadomości, że opłynięcie Hornu oznacza pokonanie trasy z zachodu na wschód lub odwrotnie (wrong way) okrążając cały archipelag Ziemi Ognistej, tak jak to czynią to uczestnicy wielkich regat czy też  żeglarze bijący rekordy w prędkości opłynięcia świata, gdzie pokonanie tej trasy  jest  wymagane.

zdjęcie: własność autora

Zdradzę Wam, jak taki rejs wygląda. Przede wszystkim jest to pełna komercja za ciężkie pieniądze. Właściciele jachtów świadczących „usługi opłynięcia Hornu” nieźle na tym biznesie zarabiają.  Uważam, że im się należy, bo praca jest ciężka, odpowiedzialna, niebiezpieczna i stresująca, a nie zawsze trafi się załoga, która coś – oprócz robienia zdjęć –  potrafi. Dochodzą do tego ciężkie warunki pogodowe, mimo panującego tam właśnie lata.  Rejs zaczyna się w Ushuaia w Argentynie, w drodze na Horn trzeba zawinąć do chilijskiego Puerto Williams w celu odprawy celnej, bo Horn należy do Chile. Potem można się zatrzymać w uroczej osadzie rybackiej Puerto Toro lub od razu ruszyć w kierunku wyspy Horn.  Zwykle w takim rejsie jest atrakcja w postaci  wyjścia na ląd, zwiedzenia wyspy, na której  mieszka chilijskie małżeństwo i wbicia do paszportu przedmiotu marzeń- stempla potwierdzającego pobyt na Hornie. W każdym bądź razie  podejmujesz ryzyko, bo żaden z jachtów w obliczu ciężkich warunków pogodowych ani na wyjście na ląd, ani na opłynięcie wyspy się nie zgodzi.  I to organizatorzy zastrzegają sobie przed wyruszeniem w rejs.

zdjęcie: Wyspa Horn (własność autora)

W zależności od pogody, wraca się ta samą trasą lub opływa tę niewielką wyspę i z powrotem kieruje w stronę kanału Beagle, by udać się stronę  fiordów i lodowców, podziwiając uroki Ziemi Ognistej. Trwa to 12-14 dni.  Horn „opływa się”  jachtami i statkami, które czekają na chętnych w porcie Ushuaia.  Sezon na taki rejs zaczyna się w lutym i trwa 2-3 miesiące, dopóki pogoda w tych rejonach jest znośna i opłyniecie wyspy jest w”miarę” (bo nigdy nie jest) bezpieczne.  Moi znajomi z Ushuaia świadczą takie usługi od lat, pływając po Antartydzie i  Patagonii. Większość ich „pasażerów” to nie żeglarze. Ich klienci to ludzie z całego świata, który pragną przeżyć coś nowego, doznać nowych wrażeń.  Załoga żegluje, podaje posiłki, oprowadza po ciekawych miejscach. A potem uczestnicy mogą się pochwalić, ze „opłynęli Horn”;-))

zdjęcie: własność autora

Nas  akurat przy samej wyspie dorwał sztorm z wiatrem wiejącym prawie 120 km/h.  Dwa dni staliśmy w pobliskiej zatoce na kotwicy, przeczekując trudne warunki. Początkowo mieliśmy opłynąć archipelag i wpłynąć do kanału Beagle od strony Pacyfiku, jednak czas naglił – następna załoga już czekała w Ushuaia – i trzeba było wrócić „na skróty” tą samą trasą. Większość rejsu po Patagonii przebyliśmy na silniku, bo trudno inaczej pływać po wąskich kanałach czy fiordach. Ale nawet jak się Hornu nie opłynęło, warto to przeżyć dla niesamowitych widoków .

zdjęcie: własność autora

Nie zaprzeczam, że  opłynięcie archipelagu to ciągle  ‘Mount Everest of ocean sailing”.  Ale zarówno wejście na Mount Everest jak i opłynięcie Horn – w czasach szalonego rozwoju komunikacji, łączności, technologii i przede wszystkim komercji- zdewaluowały się i nie stanowią już z mojej perspektywy takiego wyzwania, jak jeszcze kilkanaście lat temu. Nie taki Horn straszny jak go malują- nie róbmy wielkiego halo z takiej wyprawy.

zdjęcie: własność autora

Przy okazji – dopiero opłynięcie Hornu pod żaglami, w rejsie  non-stop  dłuższym niż  3000 mil z przejściem  od południowej strony przez 50 stopień szerokości geograficznej  zarówno na Pacyfiku i  Oceanie Atlantyckim daje  żeglarzowi prawo do ubiegania się o członkostwo w ekskluzywnym   Międzynarodowym Stowarzyszeniu Cape Horners.


Serwis wykorzystuje pliki cookies. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na wykorzystywanie plików cookies. Więcej

The cookie settings on this website are set to "allow cookies" to give you the best browsing experience possible. If you continue to use this website without changing your cookie settings or you click "Accept" below then you are consenting to this.

zamknij